Witajcie pandy! Czy słyszeliście już najnowsze plotki? Podobno jakaś panda zawitała Panfu! Lubię gości, zawsze ich przyjazd wiąże się to z jakąś przygodą. Dlatego od razu, gdy do moich uszu doszły pogłoski o odwiedzinach, skierowałam się ku domowi Mai. Akurat w odwiedzinach u niej była także Mty. Wparowałaś do chatki tak podekscytowana, że myślałyśmy, że to jakaś niesamowicie niesłychana i nie cierpiąca zwłoki sprawa! A czy taka nie była? Takie przypadki nie zdarzają się codziennie. Hihi, ale gdybyś widziała swoją minę… Tak, to było genialne. O mało nie padłam ze śmiechu! Tak czy inaczej, razem ruszyłyśmy do portu. Podobno tam miał czekać Jay Pea. Rzeczywiście tam był. Chyba cierpi na chorobę morską. Wyznał nam, że nie czuł się najlepiej podczas długiego rejsu z Indii. Właściwie nie wiem, gdzie leży Panfu, więc może wyspa nie jest tak daleko od Indii. Jednak jeżeli Jay tak uważa – wierzę mu na słowo. Podobno podczas podróży miał twarz zieloną jak ta czcionka! Czuł się źle nawet po powrocie na ląd. Współczuję biednemu Jay’owi. Co prawda nie wiem, jak to jest mieć chorobę morską, ale po części znam to uczucie… Myślę, że choroba lokomocyjna może być podobna do choroby morskiej. Tak, ale nie przypłynął tu na marne! Przywiózł specjalnie dla nas herbatę. Jednak nie jest ot zwykła herbata. Jest to herbata Fair Trade – herbata ze sprawiedliwego handlu. Oznacza to, że hinduscy pracownicy zostali sprawiedliwie wynagrodzeni za swoją ciężką pracę. Ta herbata jest nieco droższa od innych, ale za herbaciany zarobek hindusi muszą utrzymać siebie i swoje rodziny. Jay zaprosił nas na herbatę do Chez Bruno. Jednak trzeba było przenieść worek do restauracji. Nie był lekki. Nie dałyśmy rady zanieść worków, każda z nas miała swój oddzielny. Jay poradził, abyśmy zyskały trochę energii jedząc batoniki. Nie sądzę, aby dały nam aż tyle energii i siły, abyśmy podniosły worki. Jednak poszłyśmy do automatu z batonikami musli znajdującego się na plaży, ponieważ był to chyba najbliższy nam automat. Jay powiedział, że wyglądamy na silniejsze. Nie chciało mi się wierzyć, żeby jeden batonik pomógł. Jednak każdej z nas udało się przenieść worek kawałek dalej, na plażę, gdzie zjadłyśmy po kolejnym batonie. No i weź tu człowieku schudnij… Ale chociaż worek udało się przenieść aż do dżungli! Taa… Te batony w ogóle nie dodają mi sił, tylko kilogramy! Od kiedy doszłam do dżungli, nie zjadłam ani jednego batona więcej. Całkowicie opadłam z sił. Zresztą my dźwigałyśmy worki, a Jay, który, jak się okazało, nie był dżentelmenem, nie niósł nic. Na szczęście wykazał trochę kultury i pomógł mi z tym workiem. Jak się kogoś zaprasza na herbatę, to na herbatę, a nie na dźwiganie worków i jedzenie batoników… Haha, fakt. Ale poza tym, kiedy doszłyśmy do dżungli, przeżyłyśmy szok! Do tej pory ani w porcie, ani na plaży nie widziałyśmy takich tłumów, jakie czekały na nas w dżungli. Niczym w zimie przed igloo! Jay prawie się dusił, tle pand tłoczyło się obok niego. Nikt nie mógł podnieść worka. Chyba wszyscy w dżungli się zmęczyli i postanowili oprzeć się o swoje worki przy Jay’u. Taki był tam tłum, że naprawdę niczego nie można było zobaczyć, nawet kawałka worka. Próbowałam przepchnąć się przez tłum, ale na marne. Pandy były nie do przebicia, zupełnie jakby postanowiły utworzyć ze swoich ciał ścianę chroniącą Jay’a nie wiadomo przed czym. Malinko, zrozum, to jego fani. Nie, nie czuję tego, nie czuję… Ja jestem Serce, a ty jesteś Rozum, czujesz? Ty też byś się tak pchała po autograf Eminema! No oczywiście, teraz już czuję! Ale ten tłum i tak był przerażający. Tak, to było okropne. Wszystko mi się zaczęło zacinać! Po pewnym czasie czekania, aż inni się odsuną, postanowiłyśmy zmienić serwer. I wiecie co się okazało?! Nie było tam prawie nikogo, zaledwie trzy pandy poza nami. Co prawda przypuszczałam, że na innym serwerze będzie mniej pand, ale mimo wszystko trochę się zdziwiłam i żałowałam, że wcześniej nie wpadłam na to, żeby zmienić serwer. Zaoszczędziłybyśmy trochę czasu. Ale zawsze mogło być gorzej i mogłyśmy tam stać dłużej. Na szczęście w mieście też nikogo nie było. Ani jednej pandy. Za to ja też straciłam wszystkie siły. Jay pomagał nieść worek Malince, więc wspólnie postanowiliśmy, że najpierw razem zaniesiemy jej worek, a następnie wrócimy po mój i Mty. Co prawda obawialiśmy się, że ktoś mógłby go ukraść, ale nikt nie miał siły i energii. Tak więc zabraliśmy do restauracji jeden z worków, a resztę zostawiliśmy na ławce w mieście. Na szczęście byliśmy blisko Chez Bruno i nie trzeba było iść już daleko. Kiedy jeden worek zostawiliśmy w bezpiecznym miejscu, czyli w łapkach Bruno, wróciliśmy po pozostałe dwa. Poczułam ulgę, kiedy upewniłam się, że one także są tam, gdzie je zostawiliśmy. Gdy już wszystkie worki były na miejscu, powiedzieliśmy Bruno, że znajduje się w nich herbata z Indii. Cóż, nie wydawał się być bardzo ucieszony. Jak zwykle proponował nam frytki, jego specjalność. Jednak ja chyba dosłownie pękłabym po zjedzeniu frytek. Byłam najedzona batonikami. Tak, Bruno rzeczywiście wolałby przygotować frytki, ale wpadł na całkiem niezły pomysł. Zaproponował, abyśmy urządzili imprezę z indyjską herbatą. Jak już to chyba wieczorek herbaciany czy coś w tym stylu. Taka nazwa lepiej by pasowała. Heh, racje. Za to ja myślę, że nie obejdzie się bez frytek i Bruno przygotuje trochę jego specjału. Może na imprezie, znaczy na herbacianym wieczorku, pojawią się nawet jakieś wymyślne potrawy, np. frytki polane herbatą, herbata słodzona frytkami, frytki, w których środku będzie herbata, herbata o smaku frytek, frytki o smaku herbaty… Dobrze, dobrze Maju, nie sądzę, żeby takie potrawy były możliwe do przygotowania. Ale i tak nie powstrzymam się od zamoczenia frytki w herbacie! Nie sądzę, żeby było to smaczne połączenie… Ale zawsze można spróbować. Jeżeli koniecznie chcesz zwymiotować… Oj tam, oj tam! Lepiej, żebym żałowała, że coś zrobiłam, niż żebym żałowała, że czegoś nie zrobiłam. Oj Maja, Maja… No cóż, pożyjemy, zobaczymy. Może na imprezie zmienisz plany.
Do napisania
Maja160&Mty&Malinka2
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz